movieMy

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, czyli właśnie teraz znalazłeś się na stronie licealnych kinomaniaków. Wchodzisz na własną odpowiedzialność. Możliwe, że będziesz chciał do nas dołączyć, wtedy potrzebna będzie większa łódź. Co będziemy tu robić? Po prostu „movieć” o filmach 🙂  Zaczynamy od rozmowy recenzjami.

No to lecimy. 

Dozowanie przekazu w dokumentach jest trudne. Popadnięcie w euforię przez twórców nad czynami nadludzkimi, bądź szkalowanie wizerunku danej osoby przez nich, może spowodować kompromitację twórczą. Dokumentaliści próbują zachować obiektywizm, popierać swoje wypowiedzi sprawdzonymi informacjami, drogą dedukcji, czy również,  opierać się na zdaniu osób obeznanych w danym temacie. W przypadku biografii jakiegoś człowieka sprawa ta wygląda inaczej. Reżyser próbuje wyprowadzić na światło dziennie informacje, budując wizerunek osoby będącej trzonem całego filmu.

Jednym z najciekawszych współczesnych dokumentarzystów jest Asif Kapadia. To reżyser trudniący się przedstawianiem niezwykłych osób w odmienny, dostojny sposób. Zwizualizować można to tak, że: pochodzi Asif do pomnika ikony, legendy i odnajduje wszelkie rysy, w postaci blizn przeszłości na nim, zachowując przy tym pełną neutralność.
Twórca niezwykłej trylogii opisującej życie tych, którym sława zniszczyła życie oraz otworzyła oczy na to, iż człowiek jest istotą śmiertelną. W pierwszej części swojej trylogii przedstawił  legendę Formuły 1 – Ayrtona Senny. Człowieka uznawanego przez wielu ekspertów wyścigów za najwybitniejszego kierowcę rajdowego w historii. Tragicznie zmarłego w 1994 r. na Torze w Imoli.
Pierwsza część jego trylogii – Senna – to film, który zapamiętam na długo. Odmienił moje zdanie na temat filmu dokumentalnego. Tak naprawdę jest to pierwszy znany dokument biograficzny, który wyszedł w XXI wieku. Wcześniej: prym wiodły wątki mające na celu skompromitowanie USA. W głównej mierze jest to zasługa Michaela Moore’a, który zaczął obnażać wszelkie pojęcia i doktryny wywołujące wszelkie kontrowersje w Stanach Zjednoczonych. Powiązania rządu amerykańskiego z wydarzeniami z 11 września, legalizacja broni przez Amerykanów, która wyłącznie uosabia ich własny lęk przed sobą, pojęcie kapitalizmu, przy którym szybciej pasowałby termin „feudalizm” – takie tematy były wtedy wiodące.

Można spostrzec, że wraz z premierą „Senny”, rozpoczęła się panująca po dziś dzień moda na biografie znanych ludzi. Otrzymujemy produkcje o coraz to różniejszych osobistościach. Całą tę modę zapoczątkował film o największej legendzie Formuły 1, którego droga do sławy oraz tragicznie zakończony los, uczyniły z niego legendę tego sportu.
Odkryłem pewną ważną właściwość tego filmu. Przed seansem absolutnie nie interesowała mnie sylwetka Senny, a po jego obejrzeniu – stałem się wręcz jego fanatykiem.
Niepowtarzalną umiejętnością reżysera jest umiejętność zainteresowania widza daną osobowością Widza musi zaintrygować przedstawiana mu postać. Musi odnaleźć pewne zrozumienie z tą osobą.
Przedstawiana od podstaw historia legendy, została wzbogacona o wcześniej niepublikowane archiwalne dokumentacje jego życia, tworząc przejmujący i oryginalny sposób przedstawienia jego drogi na szczyt.

Osiąganie szczytów oraz gonitwa za własnymi marzeniami, tak w skrócie można ocenić sposób postępowania Senny. Powiada on, że nie uznaje on żadnych autorytetów oraz idoli, tylko uważa się za kowala własnego losu. Nie uznaje żadnej nadzwyczajnej postawy oprócz odwagi oraz pasji, która ostatecznie wywindowała go na szczyty. Dostrzegamy zależności pomiędzy słowami wypowiadanymi z ust współpracowników, przyjaciół i rodziny Senny. Portretują oni go jako krnąbrnego młokosa, nie zdającego sobie sprawy z rangi swojej sławy, jednocześnie mogącego zdobyć wszystkie szczyty.
Pochłaniająca go sława, uderzająca w jego życie prywatne i publiczne, popycha go do coraz to intensywniejszej walki o utrzymanie się na piedestale.  Legenda F1 zaczyna odczuwać  niepokój. Intensywna praca na torze wręcz szarpie jego nerwy. Swoją pracą dąży do perfekcji. Owe dążenie do perfekcji i bycie oślepionym na możliwe złe zakończenie kończy jego życie podczas feralnego wyścigu w Imoli 1 maja 1994 r.
Trudno jest przedstawić postać Senny jednowymiarowo. Jego wybitne osiągnięcia za młodu skutkowały coraz to większą presją  na niego. Jednocześnie nie odczuwał  potrzeby bycia najlepszym na świecie, ale dążył do tego, żeby wciąż istnieć. Reżyser  ukazuje nieład w postępowaniu Senny dzięki montażowi, będącemu głównym narzędziem reżysera. Twórca skutecznie obnaża nędzny los bohatera, tłumacząc również jego postępowanie.

Pierwsza część trylogii Asifa Kapadii jest filmem nie tyle, co świetnym, ale i ważnym. Został on prekursorem kolejnych filmów dokumentalnych o znanych osobach. Reżyser w dobitny sposób ukazuje błędy młodości Senny, oraz skutki jego niewłaściwego postępowania i prowadzenia swojej kariery. Otrzymaliśmy film, który tak naprawdę – ukazuje nam dwie sylwetki. Ayrtona Sennę, nowicjusza w F1, chłopaka wiecznie zapatrzonego w jeden punkt – będący wywyższeniem się ponad swój biedny naród. Oraz: typowego młokosa z Brazylii, chcącego jakkolwiek osiągnąć sukces, jednocześnie pochodząc z kraju, w którym według wielu ludzi  – jedyną drogą na osiągnięcie sukcesu jest piłka nożna.
Wzbogacony o różnorakie, iście wirtuozerskie zabiegi montażowe (Nagrodzone nagrodą BAFTA) tworzą nam obraz, który na pewno pozostanie na ustach wielu widzów.

Szymon Krenski kl. 1b

 

Film „Corpus Christi” zwany „Bożym Ciałem” to najnowsze dzieło Jana Komasy znanego głównie z „Miasta 44” oraz „Sali samobójców”. Tym razem opowiada nam losy 20-letniego Daniela, który po warunkowym zwolnieniu z poprawczaka wykorzystuje sytuację i pod przebraniem księdza zostaje miejscowym duszpasterzem małego miasteczka.

W ogólnym rozrachunku film jest naprawdę dobry. Nie tylko świetnie pokazuje przemianę głównego bohatera, ale także wygląd współczesnych miasteczek, małomiasteczkowych kościołów.

Nie widać tam żadnego bogactwa, a raczej ubóstwo. Strata, jaką ponieśli mieszkańcy tej miejscowości, jest nie do opisania, więc ich działania są jak najbardziej zrozumiałe. Początkowa niechęć tych ludzi do nowego księdza wydaje się zrozumiała. Trzeba przyznać, że często można się spotkać z takimi zachowaniami. Jednak niespodziewanie niechęć zaczyna przeradzać się w wielką sympatię do głównego bohatera, a jego przemiana robi się tutaj coraz bardziej widoczna. Już nie jest to niegrzeczny chłopiec z poprawczaka, aczkolwiek cały czas ulega różnym pokusom. Jego relacje z mieszkańcami wydają się normalne. Jednakże bohater nie spodziewał się , że trafi w sam środek afery toczącej się tam już od pewnego czasu. Same „występy” bohatera w roli księdza to jedna wielka improwizacja, ale mimo wszystko skuteczna. Widzimy tutaj wir różnych wydarzeń, a wplątane w nie są różne etapy rozwoju bohatera związane z samym kościołem, zaczynając od zwykłej mszy, kończąc na pogrzebie. Film świetnie ukazuje codzienne wydarzenia. Najlepsze jest jednak to, że wszystkie, choćby najmniejsze wątki, na koniec sklejają się w logiczną całość. Nie widać tu żadnej chaotyczności, choć jest parę drobnych momentów, które nieco zwalniają tempo akcji, ale da się i tak bez problemu obejrzeć całość. Dialogi są jak najbardziej autentyczne, więc my jako widzowie rzeczywiście myślimy, że w prawdziwym świecie również mogłyby tak brzmieć.

Bartosz Bielenia w głównej roli jest rzeczywiście świetny. Jego metamorfoza, pokazanie tej wielkiej przemiany wychodzi mu świetnie. Oczywiście także się stresuje podczas swoich pierwszych obowiązków, ale z czasem zaczyna nabierać wprawy. Bardzo podobały mi się jego interakcje z postacią graną przez Łukasza Simlata. Widać, że jest to dla niego wielki autorytet, nawet pokazuje to podczas pierwszej odprawianej przez siebie mszy. Samej postaci wykreowanej przez Simlata też zależy na głównym bohaterze, zauważa to już podczas swoich kazań w zakładzie poprawczym. Do tego wiele świetnych (poza Simlatem) postaci drugoplanowych z Aleksandrą Konieczną na czele, która cały czas odczuwa wielką stratę i nie może się z tym pogodzić ani przyznać innym racji, czyli bardzo zadziorna postać, która nigdy nie odwoła swojej decyzji i nie przyzna innym racji nawet, jeśli sama jej nie ma. Do tego dziewczyna wpływająca dość znacząco na naszego bohatera – Eliza, po której widać, że naprawdę potrafi grać i wychodzi tu bardzo dobrze. Dużo lepiej niż Wiktoria Wolańska z „Legionów”. Jej interakcje z innymi wypadają świetnie. Mamy jeszcze starego kolegę z poprawczaka, proboszcza, wdowę czy wójta – i te postacie jak najbardziej są potrzebne i wychodzą tak jak powinny. Świetnie jest pokazany ich wpływ na głównego bohatera. Doceniam także epizodyczną rolę Dariusz Starczewskiego, w roli ojca, który stracił syna i nie może się z tym pogodzić, a nasz ksiądz próbuje mu pomóc, pomagając mu wyrzucić z siebie negatywne emocje.

Muzyka w filmie jest świetna, idealnie grająca z tempem akcji, z poczynaniami naszego bohatera. Ogólnie sama historia jest świetnie napisana. Początkujący Mateusz Pacewicz ma ogromny talent do pisania scenariuszy. Fabuła ma sens, tym bardziej że jest inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Scenariusz jest naprawdę wciągający, bardzo dopracowany. Można tylko gratulować scenarzyście, obdarzonemu wielkim talentem i już czekam na następne filmy na podstawie jego scenariuszy. Montaż, ruchy kamery wyglądąją efektownie. Widać to na przykład w scenie pierwszej mszy, kiedy kamera powoli oddala się i odsłania całą posturę księdza. Zdjęcia i scenografia doskonałe, sposób pokazania miasteczka, religijności jego mieszkańców, ludzi niezbyt zamożnych i nie do końca szczęśliwych. Kościoły, mury – to wszystko wygląda nieciekawie, ale tak właśnie powinno wyglądać. Prawda musi być pokazana, żeby było realistyczniej i Piotrowi Sobocińskiemu za to dziękuję.

Bardzo polecam wybrać się na „Boże Ciało” może i nie wygra żadnych Oscarów, bo jest zbyt duża konkurencja choćby w postaci hiszpańskiego „Ból i blask” czy koreańskiego „Parasite” , ale i tak możemy być dumni, że w tym roku powstał tak świetny polski film, na którego podstawie Amerykanie zamierzają zrobić serial. Ja radzę się wybrać do kina, jest to sto razy lepsze polskie kino niż tegoroczna „Polityka” czy nawet ekranizacje historyczne: „Legiony” lub „Kurier”.

Mikołaj Pęski kl. 1 b

Impreza jaką było Euro 2012, którą współorganizowaliśmy z Ukrainą, była szczytowym osiągnięciem pracy PZPN-u. Uważaliśmy, że poziom ogólny naszej reprezentacji może już jedynie piąć się ku górze. Nasze oczekiwania były ogromne. Mieliśmy za zadanie ukazać się z jak najlepszej strony. Szybując wzrokiem, już widzieliśmy nad naszą kadrą transparent „Orły Smudy”. Prezes PZPN, Grzegorz Lato, żywa legenda polskiej piłki, obiecywał nam sukcesy porównywalne do wyczynów Kazimierza Górskiego, za którego czasów byliśmy światową potęgą piłki nożnej, a sam Zbigniew Boniek, był bliski zdobycia Złotej Piłki
Wszyscy dobrze wiemy, jak wielką kompromitacją wykazaliśmy się na boisku. Brak jakiejkolwiek wygranej. O ile rozmach, jak i organizacja stały na światowym poziomie, to nasze umiejętności na boisku, szybko zweryfikowały nasze  ambicje.
Słynna przyśpiewka – „Polacy, nic się nie stało”, stała się natychmiastowym hitem, którym mieliśmy otrzeć łzy po naszym sromotnej kompromitacji.

W tym pamiętnym roku Euro 2012, wyszedł film Marcina Koszałki „Będziesz legendą, człowieku”, który spotkał się z natychmiastową falą krytyki z uwagi na prowokacyjny przekaz i tematykę. Autor śledził losy kadry „od kuchni”, dobitnie ukazując wszelkie spostrzeżenia naszych kadrowiczów na wszelkie niedogodności w postaci: „starych wyjadaczy” farbowanych lisów i młodzików.
Codzienność zawodową i prywatną naszych kadrowiczów śledzimy trzeba odrębnymi punktami widzenia: Damiena Perquisa – Francuza niemającego zbyt wielkiej wiedzy na temat zawiłości języka polskiego, oraz związanego z kadrą jedynie dzięki swoim domniemanym umiejętnościom sportowym, Marcina Wasilewskiego – doświadczonego, prawdziwego Polaka, będącego u schyłku kariery, wierzącego w sukces reprezentacji podczas swojego ostatniego turnieju, oraz Grzegorza Laty – wiecznego marzyciela, który w drewnie widzi potencjalne złoto.
Autor dokumentu zadaje nam jedno, ale za to bardzo intrygujące pytanie: „(czy aby na pewno) Nic się nie stało?”

Zostajemy wrzuceni w czas  euforii – ogłoszenie organizatorów Euro 2012. Wszechobecna radość maskuje prawdziwy stan naszej kadry, który krótko mówiąc, nie wzbudza pozytywnych emocji. Polska drużyna to kompletny miszmasz: starzy, niby jeszcze jarzy, oraz ogrom „farbowanych lisów”, czyli piłkarzy, ponoć związanych z Polską, aczkolwiek niemających  zbyt wielkiego pojęcia na temat swojej ojczyzny, swojej dumy. Posiadając trzy odrębne punkty widzenia, idealnie możemy dostrzec wszelkie zależności i wymagania na przeciwległych liniach. Od zagranicznych „grajków” oczekujemy wypełnienia  ich obowiązku, który im został nałożony po otrzymaniu szansy ogólnego zaistnienia, jaką jest powołanie do kadry. Starsi muszą się wywiązać ze swojego obywatelskiego obowiązku i wypełnić wymagania sztabu szkoleniowego. Prezes Lato przez cały film donośnie i dosadnie wyrażał swoje niezadowolenie, przywołując grę, którą widział za swojego młodu. Przez cały metraż towarzyszą nam animowane i archiwalne pojedyncze sceny, mające przywoływać poziom dawnej reprezentacji oraz sugestywnie sportretować nasz występ. Namacalne i gwałtowne wciskanie „(nie)przyjaciół” do zespołu skutecznie niszczy atmosferę w szatni i poza boiskiem. Dominuje na ekranie postać Damiena Perquisa, który został w pewien sposób namaszczony na najważniejszy element filmu (znajduje się  na plakacie). Jest on idealnym przykładem nieskutecznie spolonizowanego osobnika. Władze chcą mu wepchnąć sztandar z flagą Polski do ręki i i wysłać do boju, kiedy on tymczasem  naprawdę próbuje na różne możliwe  sposoby przyswoić wiedzę o Polsce. Z pewnym współczuciem obserwujemy losy bohaterów, gdyż dana im była ziemia obiecana, na której, nie nauczyli się żyć.

Twórca nie pozostawia nas w niepewności. Była to kompletna boiskowa kompromitacja na ogromną skalę. Aczkolwiek, tutaj nie powinniśmy winić aktorów pierwszoplanowych, naszych pierwszych skrzypiec. Trudno nie było odnieść wrażenia, że rola selekcjonera przerosła Smudę. Stanąwszy naprzeciw popiersia Kazimierza Górskiego, nie zdołał utrzymać na barkach wymagań wobec swojej osoby.  Powinniśmy również śmiało wątpić w słuszność urzędowania Prezesa Grzegorza Laty.Władze PZPN umiejętnie rozprowadziły całą winę za porażkę na zawodników. Naszych bohaterów, naszych autorytetów, którym kibicujemy, którym życzymy sukcesów.
Powód kontrowersji wokół filmu jest jasny: nie wierzyliśmy w rację reżysera, który dobitnie ukazał problemy piłkarskie. Problemy, które po zinfiltrowaniu w zapewne każdej reprezentacji, oraz ukazane na świetle dziennym, mogłyby wywołać podobne zamieszanie, co w naszym przypadku. Diego Armando Maradona przywykł mawiać pewne niepowtarzalne, które stały się faktem po serii wydarzeń z udziałem „Boskiego Diego” – „Futbol… to brudna gra”. Maradona stanąwszy się bogiem, zaczął się stacząć przez wyjście na jaw ogromu kontrowersji i skandali ze swoim udziałem. Zaczął być postrzegany za cień samego siebie. Jego postawa miała wpływ na całą reprezentację Argentyny, której Diego był wiodącą postacią. Władze reprezentacji Argentyny maskowały problemy Argentyny bez Diego, tłumacząc słabą dyspozycją pozostałych piłkarzy. Będąc pod naporem negatywnych komentarzy, nastąpiło do rozpadu jednej z największych reprezentacji w historii piłki nożnej.
Obserwowanie prywatnych losów Damiena Perquisa, który sam, o zgrozo, musi spolonizować swoją najbliższą rodzinę, jednocześnie będąc swoistą Persona Non Grata w swoim towarzystwie – przekonało mnie o jednym. Jeżeli wszędzie poszukujemy gwiazd na skalę światową, wtedy nie zasługujemy na to, żeby mieć jakąkolwiek gwiazdę.

Polecam obejrzeć ten film  każdemu, nie tylko niedzielnym widzom, ale i tym, co boleśnie odczuli klęskę Euro 2012 naszego teamu. W moim poważaniu – ten film wskazuje na rewers sportu, którym jest piłka nożna. Przestawia nam tą całą machinę, bezduszną wydmuszkę zapewniającą nam emocje i radość od strony tej, do której nie powinniśmy mieć mniej, lub bardziej wnikliwych wglądów. Będzie można zarzucić reżyserowi narcystyczne podejście, nie bazujące na opinii publicznej, iście szarżujące w rozbieraniu kolejnych warstw władzy w polskiej piłce tamtego okresu, choć sam nie zauważyłem takowego zdania. We wszelkich wartościach artystycznych dokument wywiązuje się doskonale. Widz nie ma poczucia, iz ogląda dokument, którego lektorem jest Krystyna Czubówna, ale naprawdę odczuwa emocje piłkarzy na ekranie. Jest to według mnie film ważny i żywy, portretujący temat gorący, jednocześnie odpychający. Na chwilę obecną – najlepszy polski film sportowo-dokumentalny.

Szymon Krenski, 1b

Niestety, wszelkie wątki historyczne, które przedstawiają postawę „Solidarności”, są coraz to bardziej, po prostu przemieniane w kwestię tabu. Może to  zależeć od nadmiernego wysławiania tego, co uchodzi za nieskalane grzechem piękno.

 Może się wydawać, że stworzenie filmu o „Solidarności”, zachowując pełen obiektywizm  –  jest niemożliwy . Cudu, niczym sukces słynnej akcji opozycjonistów jesienią 1981 r., dokonał Waldemar Krzystek. Sportretował on  działaczy Solidarności oraz Służby Bezpieczeństwa jako dwie równe sobie zorganizowane „przedsiębiorstwa”. Działające samodzielnie, wdrażają się w wyścig z czasem, od którego zależy tytułowa kwota: „80 milionów”

Jesień, 1981 r. Dolny Śląsk. Działacze Solidarności zaczynają być zauważalni. Po fali głośnych strajków, m.in w Stoczni Lenina w Gdańsku, związkowcy rozpoczynają swoją pracę na Dolnym Śląsku. Fukcjonariusze Służb Bezpieczeństwa skutecznie uniemożliwiają im wdrożenie swoich pacyfistycznych porządków. Po odnalezieniu konta Solidarności  przez SB działacze chcą jak najszybciej wypłacić pieniądze. Zaczyna się potem wyścig z czasem.

Widz odczuwa zdziwienie po zakończeniu seansu, Otrzymał film, który nachalnie nie propaguje „Solidarności” portretując ich jako bohaterów. Reżyser wykonał powalająco dobrą robotę: W czasach naszej  największej nędzy, czyli za czasów PRL’u, nie zostaliśmy  przedstawieni jako ofiary losu skrobiący ziemniaki przed Jaruzelskim , co ogłasza stan wojenny. Zostaliśmy sportretowani bez zbędnych upiększeń. Młodzi  Polacy, którzy przekonani są, że walczą z całym wrogim systemem. Reżyser nie ucieka do heroizacji bohaterów, tylko przedstawia rzeczywisty obraz.

Mamy tu dosadnie przedstawiony portret psychologiczny bohaterów. Dowiadujemy się jaka idea im przyświeca podczas wypełniana swoich „codziennych” obowiązków. Mamy dwie strony barykady: anarchistów walczących o ład i porządek oraz konformistów, którzy uciekli się do wypełniana celów wroga.
Wyraźnie zarysowanie zostały kontrasty, bez zbędnej dominacji żadnej ze stron: opozycjonistów, wypełniających swój „obywatelski obowiązek” oraz SBków, chcących przeżyć kolejny dzień.

Interesujące jest określenie gatunku filmu. Mamy do czynienia z filmem sensacyjnym, skąpanych w brudnym klimacie typowego „Heist Movie”, którego intryga jednak gaśnie po wielu znanych chwytach.Wyścig z czasem kompletuje się podczas scen z najciekawszą postacią filmu: Kapitana SB, Stanisława Sobczaka, koncertowo zagranego przez Piotra Głowackiego. Otrzymujemy rutynowy wgląd w jego działania, mające na celu zdezintegrować zagrożenia dla państwa komunistycznego.
Ostatnia scena filmu to rzecz, mogąca pozostać w głowie widza jeszcze przez długi czas. Sportretowanie postaci wiodących w lawinie strajków przy akompaniamencie piosenki „Chcemy być sobą” zespołu Perfect to rzecz cudna. Idealne wyważenie filmu, umacnia wydźwięk ostatniej sceny.

Przez cały metraż filmu,  dominuje  postać Stanisława Sobczaka w wykonaniu Piotra Głowackiego. To Istne tornado mogące roznieść całą salę , wiruje przez cały film. Odtworzenie jego postaci bardzo przypomina mi aktorstwo Krystyny Jandy, kiedy  przeżywała rozkwit w połowie lat 70. XXw. Nie paląca, ale wręcz zjadająca papierosy, odznaczała się ciągłym znerwicowaniem. Stanowiło to pewną awangardę, jeżeli można przywołać  jej role w takich filmach antykomunistycznych i antysocjalistycznych, jak „Przesłuchanie”, albo „Człowiek z Marmuru”.

Pozostali aktorzy również wykazali się sporymi umiejętnościami. Krzysztof Stroiński w sutannie informuje naszych bohaterów o obowiązujących regułach. Postacie grane przez Mirosława Bakę i Jana Frycza, nie cierpią na nadmiar tekstu. Mają oni swoje role do odegrania i porządnie się z nich wywiązują.

„80 milionów” w reżyserii Waldemara Krzystka, to obraz różniący się od typowego filmu historycznego. Nawiązuje  szczególnie do twórczości Ryszarda Bugajskiego i Andrzeja Wajdy, którzy portretowali „Solidarność” w sposób odstający awangardowo, nawet jak na burzliwe czasy,w których przyszło im żyć.

Zdecydowanie, film jest warty obejrzenia, nie tylko ze względu na możliwość zapoznania się się z brawurową akcją wykradnięcia pieniędzy, ale przede wszystkim za przedstawienie odmiennego obrazu dokonań tego związku zawodowego.

Szymon Krenski, 1b

Najnowszy film Dariusz Gajewskiego zdecydowanie mógł być odbierany jako kamień milowy w historii polskiej kinematografii, w ukazywaniu potyczek batalistycznych, jak i skondensowania historii, w uniwersalny sposób ukazujący walory polskiej duszy i wielkiej,  gorejącej miłości, pod znakiem Aresa, boga wojny. Ogólny zarys fabuły nam to obiecywał, zachęcając do obejrzenia „Największego widowiska naszej dekady”… Aczkolwiek, zastaliśmy zupełnie odmienny obraz.

Wielokrotnie powielane schematy, natarczywa próba ukazania prawidłowej postawy moralnej żołnierza oraz ogólny chaos panujący w postaci miszmaszu gatunkowego powstałego na podstawie scenariusza bardziej poprawnego od barszczu na Boże Narodzenie – tworzy męczący metraż filmu, który zapominamy po wyjściu do kina.

W głównej mierze film najbardziej cierpi z powodu scenariusza, w którym postawiono na pełen uniwersalizm, bez zwięzłego oraz satysfakcjonującego wyjścia z jakiejkolwiek sytuacji. Sposób ukazania historii został odcięty od ścieżki dającej sytość – montaż i dźwięk zmienia nasze położenie w sposób marginalny, nie można się w ogóle napatrzeć na dłuższe sekwencje, gdyż twórcy wolą nas raczyć zdjęciami, które wyglądają identycznie jak w każdym innym polskim filmie historycznym.

Bohaterowie zostali ukazani w sposób o tyle hermetycznie, co swojsko. Romantyczni, pełni młodzieńczego zapału do walki – obrazują dobro w najczystszej postaci, nieskalani grzechem. Ciężko zliczyć występki polskich ułanów, ale zdecydowanie – wybielono nasze błękitne mundury.

Cała intryga miłosna, w którą uwikłani są nasi główni bohaterowie, powinna być traktowana jako siła napędowa filmu. Romansidło zostało zepchnięte na trzeci plan, poświęcono się ukazywaniu kolejnych wątków, więc stworzono intrygę, najzwyczajniej nieangażującą widza, oraz powielono wszelkie schematy z filmu „Pearl Harbor”, dosłownie.

Bardziej angażujące są watki postaci drugoplanowych, choć nadal – ich historie to nic nadzwyczajnego. Józef Piłsudski, w wykonaniu Frycza, pojawił się może w jednej scenie i jedyne, co zrobił, to nakrzyczał i wydał polecenia wzięte z pierwszej lepszej książki o polskich ułanach. Mirosław Baka gra najoszczędniej i wykazuje prawdziwe utożsamienie się ze swoją postacią, więc zdecydowanie – męczy się w całym towarzystwie, próbując coś wywalczyć, choć jego wątek został zakończony w najbardziej sztampowy sposób. Najgorzej w kontekście całego filmu wychodzą główni bohaterowie. Oprócz miernego napisania ich postaci, raczą nas nie najlepszym aktorstwem. Fabijański ciągle gra jedną miną. Gelner ze swoim naturalizmem i głosem bliższym nastolatkowi niszczy postać dumnego Patrioty. Debiutująca Wolańska zdecydowanie nie odnalazła się w tej „miłosnej intrydze”.

Najważniejszym, jak i zapewne jedynym udanym aspektem filmu, są sceny batalistyczne, w których szczególnie wyróżnia się sekwencja szarży pod Rokitną. Zobrazowanie tej bitwy zostało znacznie lepiej zrealizowane niż w pamiętnej „Lotnej” Andrzeja Wajdy, gdzie – jak mu się zarzuca – postawił na istną abstrakcję i odpłynięcie w ideę patriotyzmu.

Brakuje mu zdecydowanie do rangi filmu dobrego, nie jest to problem natury technicznej, tylko wrażenia ogólnego, jak i poważnego potraktowania całej historii. Brakuje nam lat świetlnych do naturalności, którą w portretowaniu wojny osiągnęli Amerykanie.

Szymon Krenski kl.1 b

„Legiony” to polski obraz historyczny w reżyserii Dariusza Gajewskiego, którego możecie znać z takich filmów jak „Lekcje pana Kuki” czy „Warszawa”. Tym razem opowiada nam historię dwóch polskich legionistów walczących o niepodległość ojczyzny,  którzy kochają się w jednej dziewczynie. Czyli motyw z ‘’Pearl Harbor’’( amerykański film wojenny z 2001 roku ) skopiowany!

Ale mniejsza, ten film miał być naszym mini blockbusterem. Bo jednak ogrom pieniędzy był przeznaczony w jego realizację! Zdjęcia do filmu były kręcone przez prawie 2 lata. Film póki co nie zachwyca jakoś specjalnie box officem, jak „Kler” czy ostatni film Vegi „Polityka”. I nie ma co się specjalnie dziwić, fabularnie film także nie zachwyca. Tematyka legionów była czymś ciekawym, ale zamiast opowieści o polskich legionach dostajemy wplątane w film niepotrzebne wątki miłosne, no i generalnie takie, które do niczego nie dążą, jak pojawienie się bezdomnego chłopaka i jego relacje z Wieżą. Bohaterowie, praktycznie wszyscy, są „płytko” odegrani. Pomysł na film narodził się już dawno i było sporo czasu, żeby napisać porządny scenariusz, a tu nie! film poświęcony głównie miłości. Oczywiście, sceny walk też są, no ale nie ma ich zbyt dużo, i niestety nie jest to temat przewodni. A wielka szkoda, bo to sceny walk, jak choćby szarża pod Rokitną, wychodzą tu najlepiej. Widać, że pod tym względem film jest mega dopracowany. Zdjęcia czy scenografia przepiękne, zbliżenia twarzy naszych bohaterów naprawdę potrafią nieraz pokazać emocje, tylko sami bohaterowie średnio je przedstawiają, choć jest wielu takich, którym się ta sztuka udaje. Więc praca kamery absolutnie na plus. Nawet efekty specjalne jak na poslkie kino są okej. No, ale cóż zrobić, jeśli fabuła czy bohaterowie nie wypalają. Film naprawdę nudzi miejscami, bo jest napchany niepotrzebnymi i bezsensownymi dialogami. Bohaterowie strasznie niewykorzystani. Każdy mówił, że za chwilę po filmie „Piłsudski” znów zobaczymy tę postać w „Legionach”. Czy była? TAK, tylko że w zaledwie jednej scenie. Frycz nie mógł w ogóle tu pokazać swojego talentu aktorskiego. To samo tyczy się Szyca, tylko ten pierwszy jak już się pojawił, to w miarę się na tym ekranie prezentował, za to ten drugi czyli Szyc – beznadzieja! Postarzenie jego postaci fatalne, no i ten wąs, chyba pozostał mu jeszcze z „Piłsudskiego”, tylko boki trochę ściął. Fabijański gra przez cały film jedną twarzą, praktycznie wcale się nie zmienia, aczkolwiek lubię tego aktora, więc nie było tak źle. Gelner, czy debiutująca Wolańska, no wyszli strasznie przeciętnie, cały ich związek był średnio pokazany, a przede wszystkim za dużo go było. Emocje przez nich przedstawione były w mojej opinii zbyt przesadzone. Rozumiem desperację granej przez Wolańską Oli po stracie ukochanego, lecz szukać otuchy u innego mężczyzny bez praktycznie żadnej żałoby po poprzednim, dla mnie osobiście było to niestosowne i nieetyczne. Na plus wyróżniał się za to Mirosław Baka, polski żołnierz – Stanisław „Król” Kaszubski. Tu mogę pochwalić: konkretnie stworzona postać, tym bardziej że postać przez niego grana naprawdę istniała, jego dialogi to czyste złoto, a jego patriotyzm pokazuje nam, że kiedyś istnieli prawdziwi bohaterowie i to na ich cześć powinniśmy organizować różnego rodzaju wydarzenia. Z postaci na plus jeszcze wyróżnia się Antoni Pawlicki jako porucznik pod pseudonimem „Topór”. Może nie było go zbyt dużo, ale pokazanie jego oddania dla ojczyzny, jak i nienawiści do wroga wyszło nadzwyczaj dobrze. Muzyka, na szczęście kapitalna. Mówię na szczęście, gdyż ta w zwiastunach nie była stosowna do tamtych czasów, jak i ówczesnej sytuacji Polski.

Reasumując, film „Legiony” to fabularny przeciętniak ze słabo odegranymi postaciami i wątkami. Ale wizualnie arcydzieło – za to można autentycznie chwalić ten film. Jeśli miałbym ten film ocenić liczbowo w skali do 10 dostałby 5/10. Naprawdę chciałbym dać więcej, no ale te wątki miłosne przyćmiły wszystko. Gdybyście mieli mnie pytać, czy iść na to do kina, powiedziałbym raczej tak, gdyż jest to film o przeszłości naszej ojczyzny i zawsze lepiej obejrzeć coś takiego niż jakichś „Avengersów” czy „Rambo”, ale fabularnie film leży i cóż… To wszystko! Tak prezentuje się moja opinia na temat filmu „Legiony”, podkreślam, że jest to moja subiektywna opinia.

Informacja dodatkowa: film „Legiony” był po raz pierwszy pokazany na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni, gdzie niestety nie zdobył żadnej nagrody…

Mikołaj Pęski kl. 1 b

Kontrowersyjny i nieprzewidywalny taki właśnie jest ,,JOKER”. To najnowsze dzieło amerykańskiego reżysera Todda Philipsa znanego głównie z komedii typu „Kac Vegas” czyli dość luźnych, śmiesznych filmów. Tym razem opowiada nam historię strudzonego życiem komika Arthura Flecka granego przez Joaquina Phoenix’a, który z czasem zaczyna zamieniać się w seryjnego mordercę czyli tytułowego Jokera.

W ogólnym rozrachunku film jest udaną produkcją, jednak dotykającą kontrowersyjnych kwestii. Film Philipsa pokazuje ogromny kontrast między biedą a bogactwem. A główny bohater zaczyna z czasem stawać się bohaterem ubogich tzw. ,,Klaunów”. Film wyróżnia się z pośród innych ekranizacji komiksów tym, że opowiada losy chyba jednego z najbardziej znanych i lubianych fikcyjnych złoczyńców na świecie. Można także przypuszczać, że film przypomina inną ekranizację komiksu tym razem od Marvela czyli „Logan.Wolverine”, ale mimo że oba filmy pokazują dramat głównych postaci, to się dużo różnią. Tutaj Arthur Fleck zaczyna od poczciwego komika, któremu życie niestety robi wszystko na przekór, ale tak naprawdę wszystko wzięło początek od pierwszego zabójstwa w metrze, kiedy to główny bohater zabija trzech dość zamożnych biznesmanów. Mimo tego współczułem bohaterowi a jego reakcja była odruchowa. Myślę, że każdym z nas kiedyś kierował impuls i czuliśmy coś podobnego w życiu. Jednak wtedy jeszcze główny bohater nie był przyzwyczajony do takich wydarzeń i normalnie w świecie uciekł. I właśnie ta scena pokazuje, jak niesprawiedliwy dla takich ludzi jest świat, w którym mają cierpieć za coś, co musieli zrobić w samoobronie, a my jako widzowie mogliśmy utożsamić się z głównym bohaterem i pomyśleć, co byśmy zrobili na jego miejscu. Aż szkoda, że w późniejszej fazie filmu Joker zaczyna być zbyt okrutny i widz już z czasem przestaje mu współczuć a postrzega go jako złego człowieka.  Chwilę po scenie zabójstwa nasz komik próbuje zapomnieć o tym i wieść stare życie, co mi generalnie się nie spodobało. Jednak po usłyszeniu różnych wiadomości ze świata o swoim wyczynie, do bohatera dociera, że zrobił dobrze i tak właśnie powinno być. Właśnie, tu jest to, czego się obawiałem Phoenix w roli Jokera za bardzo ‘’szarżuje’’ przez cały film. Raz tak jest, potem już inaczej. Za dużo chaotyczności widać w scenariuszu. Joker powinien przez cały film stopniowo się zmieniać i przechodzić wewnętrzne, ale także zewnętrzne przemiany. Niestety reżyserowi, który był także scenarzystą, nie udało się tego zbyt dobrze ukazać . Dopiero po poznaniu prawdy o sobie i swoim pochodzeniu, bohater zaczyna naprawdę stawać się ‘’potworem” – Jokerem.

Aktor, który gra Jokera, czyli Joaquin Phoenix, którego ja głównie kojarzę z filmu „Nigdy cię tu nie było”, gdzie już pokazał, że nadaje się do takiej roli, i to prawda! Phoenix zasługuje według mnie na Oscara, jest rzeczywiście kapitalny, może scenariusz go czasami ogranicza, ale pokazanie tego całego szaleństwa jest przepiękne w wykonaniu Phoenixa. Te emocje, pod wpływem różnych wydarzeń, no po prostu świetna gra aktorska i co tu dużo mówić… Niestety postacie drugoplanowe są strasznie zepchnięte na dalszy plan. Film bardzo mocno koncentruje się na samej postaci granej przez Phoenixa, a reszta postaci jest bo jest. Powinny jednak nieco większy wpływ wywierać na głównego bohatera. Oczywiście występuje kobieta, która podoba się Fleckowi, człowiek, który jest przeciwko Jokerowi i chce zrobić porządek w Gotham. Jest i postać grana przez Roberta De Niro („Taksówkarz”, „Łowca Jeleni”, „Ojciec Chrzestny 2”), której jest niestety dość mało, ale może i dobrze. W sumie to nie o nim film. Jednakże ta postać  została interesująco przedstawiona. Jest ona z początku wielkim autorytetem dla głównego bohatera, ale z czasem Fleck widzi, że niczym się nie różni od innych ludzi tego typu.

Ogółem film jest świetną opowieścią o autorytetach, nie dla wszystkich ludzi, ale dla konkretnej grupy społecznej. A Joker właśnie staje się takim autorytetem dla biednych. Chciałbym jeszcze film bardzo pochwalić za scenografię. Ukazanie całej wielkiej metropolii fikcyjnego miasta Gotham City robi ogromne wrażenie. Jak mówiłem wcześniej, ponownie kłania się tu kontrast. Trzeba zauważyć, jak wyglądają ulice, mieszkania. Sam klimat miasta wydaje się miejscami naprawdę mroczny, jakby wzięty z ‘’Taksówkarza” czy 8 części ‘’Piątku Trzynastego”. Widać, że pod tym względem Gotham było wzorowane na Nowym Jorku.

Do tego ta muzyka wzięta jakby ze starej epoki przepięknie pasuje do tego filmu. Piękne ruchy kamery, czyli zbliżenia na naszego bohatera nieraz pokazują, co on w tej chwili czuje i jest w tym pewna symbolika.

Generalnie podobają mi się takiego typu filmy na bazie komiksów, że nie jest to zwykła „nawalanka” superbohaterska (aczkolwiek takie filmy także są potrzebne), a konkretnie stworzony dramat psychologiczny z elementami komedii. Jest oczywiście parę scen w filmie wciśniętych na siłę, ale podobają mi się takie niedokończone wątki, kiedy to widz sam powinien sobie „pogdybać”, co się tu stało. Końcówka zdumiewająca i zarazem świetna… z niedopowiedzeniem, co będzie dalej z głównym bohaterem. Czyżby sequel?

Reasumując, ,,JOKER” to dobry film o antagoniście świata komiksowego. Widzę, że na podstawie ocen różnych portali internetowych jest bardzo dobrze, więc ja także radzę przejść się do kina, bo naprawdę warto obejrzeć ten film. Według mnie słowo „ARCYDZIEŁO” jest lekką przesadą, ale „bardzo dobry film” już nie. Zwycięstwo na Festiwalu w Wenecji mówi samo za siebie. Phoenix zasługuje na pewno na nominację Oscarową za tę rolę, a może nawet i wygraną…

Mikołaj Pęski, kl. 1b

Domniemania dotyczące struktury, jak i konstrukcji typowej adaptacji komiksu, zostały zburzone wraz z premierą najnowszego filmu Todda Phillipsa, który okazać się może przełomem dla ogólnej kinematografii. Rewelacja festiwalu w Wenecji – zwycięzca nagrody dla Najlepszego filmu- bierze na tapetę najsłynniejszego antagonistę uniwersum komiksów – Jokera.
We wcześniejszych latach, branie na poważnie adaptacji komiksów, po prostu nie przystało, aczkolwiek film z Joaquinem Phoenixem naprawdę może okazać się kamieniem milowym, odnosząc się do poważania dzieł komiksowych. Przewidywałem kolejny, przeciętny film ze stajni tych, co edukują nas o poprawności w dzisiejszych czasach. Odmienne zdanie miałem po zakończeniu seansu.

Towarzyszymy losom Arthura Flecka – niespełnionego i strudzonego życiem komika, którego obłęd popycha do coraz to bardziej szaleńczych rozważań oraz czynów. Przez cały metraż towarzyszyło mi odczucie, iż oglądam człowieka będącego stylizacja coś na Travisa Bickle’a z „Taksówkarza”. Człowiek, jednostka przeciw całemu, brudnemu systemowi pragnie wymierzyć sprawiedliwość i oczyścić miasto z wszelakiego brudu. Ostatecznie efekt, w iście dosadny sposób, namaszczał głównego bohatera na właśnie takiego przyszłego „bohatera”. W filmowym świecie – Gotham City – wydarzenia doprowadzają do tego, że nasz bohater, ni stąd, ni zowąd zostaje bohaterem popkultury oraz przodownikiem opozycjonistów.

Film podejmuje dwa bardzo ważne tematy społeczne: puste autorytety oraz nieuzasadnione poparcie elit.
Punkt widzenia, z oczu plebsu, niżu społecznego – potęguje i obrazuje to, na czym opiera się współczesny kapitalizm i demokracja. Nie sposób wspomnieć o gatunku filmowym: dramacie obyczajowym. Uwypukla on te wady, stwarzając sytuację do przedstawienia swoistego ekranowego bojkotu.

Bardzo ważne jest podkreślenie, iż film jest genezą danego bohatera, a raczej jego wewnętrzną wędrówką do obłędu. Bohater nie rozumie dramatyzmu w otaczającym go świecie. Uosabia on zagubienie w wielkiej metropolii, wśród tabunu ludzi – sportretowanie mogące mieć na myśli każdego z nas. Przyszywa sobie łatkę psychopaty, stając się osobą schizoidalną – osobą niezwracającą uwagi na życie drugiego człowieka, choć chcącego wyrazić swoją rewolucję, dążąc do wydarzenia, mającego miejsce na końcu filmu.

Umiejętnie bawi się operator kamery. Przeróżne kontrasty i zaciemnienia – potęgują zmiany w psychologii i szaleństwie bohatera. Śledzimy jego losy od zaawansowanego stadium choroby neurologicznej, późniejszego szaleństw i odtrącenia się od zmysłów, aż do kompletnego odpłynięcia w swoją wizję współczesnego świata, utopię.

Jeden z najlepszych współczesnych aktorów, jak i również jeden z największych Oscarowych przegranych (3 nominacje) – Joaquin Phoenix, wręcz osiągnął szczyt swoich możliwości aktorskich. Stał się Jokerem na naszych oczach. Według mnie, jak i zapewne większości, może on dorównywać  odtworzeniu tejże roli przez Heatha Ledgera w „Mrocznym Rycerzy”. Potęga tejże roli wynika z umiejętnego przysposobienia się do swojej kreacji. Trzeba było zrozumieć bohatera, targające nim emocje wynikające z ciężkiego dzieciństwa. Kreacja na światowym poziomie! Wróżyłbym chętnie Oscara, aczkolwiek zapewne zakończy się na nominacji.

Znaczącą wadą podczas prowadzenia historii psychologii bohatera, jest poziom, jaki prezentują postacie drugoplanowe. Robert De Niro, po znacznej przerwie, w jednej ze swoich najlepszych kreacji w ostatnich latach, ale one wzajemnie na siebie nie wpływają jednak. Mamy tu panujący nieład i wypatroszenie fabuły komiksu w metraż dwóch godzin. Wzajemne komitywy bohaterów , przeplatają się w niektórych miejscach, tworząc obraz dosadnej dominacji Arthura na ekranie. Pojawiają się na pewien okres, po czym znikają.
Oliwy do ognia dodaje fakt, że schizofrenia bohatera, czyli te ciągłe wyimaginowane momenty w fabule, które nachodzą go – nie podtrzymują się spójności i wystawiają uwagę widza na próbę.

Można się nim zachwycić, można się na nim zdziwić, jak i również, można się na nim rozmyślić. Przekaz uderzający w pojęcia socjalizmu i kapitalizmu nie jest celowo sproszkowany na publicystykę. Psychodeliczny i dosadny obraz Phillipsa zdecydowanie mógłby odnaleźć się w abstrakcji XXI wieku. Portretuje on czas i miejsce, w którym przyszło nam żyć. Zdecydowanie warto wybrać się na ten film, chociażby po to, żeby przekonać się, jak przedstawiona została legenda Jokera, którego to już różne wcielenia, towarzyszyły nam na ekranie.

Szymon Krenski, kl. 1b